Dzisiaj jest: sobota 26.07.2014 | Imieniny:

Czystość małżeńska

autor: Jacek Pulikowski

Dość powszechnie mówi się, w różny zresztą sposób, o czystości przedmałżeńskiej. Propagowanie czystości to piękna i ze wszech miar pożyteczna idea, która owocuje dobrem w przyszłych małżeństwach i w realizacji innych powołań życiowych młodych ludzi. Idea ta sprzeciwia się brudom tego świata i zachęca do płynięcia pod prąd, bo tylko tą drogą można dotrzeć do źródła: Miłości-Boga (patrz: Jan Paweł II, Tryptyk rzymski).

 

 

 

 

 
Niestety, wielu, mówiąc o czystości przedmałżeńskiej, spłyca tę ideę i ogranicza ją w sposób formalny do niewspółżycia przed ślubem. Co prawda dobre i to, lecz postawa młodych przy takim formalnym podejściu wcale nie musi być właściwa i budująca. Przykładowo spotkałem kiedyś parę studentów (w trakcie ich przygotowywania się do małżeństwa), którzy programowo z założenia nie współżyli. Jednak uprawiali petting (pobudzające pieszczoty), doprowadzając swoje ciała do takiej reakcji orgazmu, jak w czasie współżycia. Można by nazwać takie działanie masturbacją w parze. Oni naprawdę nie widzieli w swym działaniu niczego niestosownego czy grzesznego. Przecież nie współżyli, a ponadto „się kochają” i „niedługo, bo za 5 miesięcy, się pobiorą”. Pamiętam długą nocną rozmowę, w której odpowiedzieliśmy sobie na pytanie „dlaczego nie”. Zrozumieli, podjęli decyzję o wyborze prawdziwej czystości i zrezygnowali ze wszelkich działań pobudzających, a wynikających z pożądania. Wiem, że się to im udało i weszli w małżeństwo z właściwą postawą (tylko proszę nie mówić, że to niemożliwe, bo było to faktem, a z faktami się nie dyskutuje).
 
Przejdźmy jednak do czystości małżeńskiej, o której się niemal nie mówi. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe wobec płytkiego rozumienia czystości w ogóle. Przed ślubem „nie wolno”, po ślubie „wolno”, więc nie ma o czym mówić. Zwróćmy uwagę, że do stanu czystości poza małżeństwem współżycie płciowe „nie przynależy”, podczas gdy do czystości małżeńskiej „przynależy”, i to, można rzec, obligatoryjnie. W czystość małżeńską wpisane jest więc współżycie jako element ją budujący. Oczywiście musi to być współżycie „czyste”, czyli zgodne z naturą, lub – inaczej mówiąc – z zamysłem i planem Stwórcy. Wielce myli się ten, kto myśli, że w małżeństwie wszystko wolno. Oczywiście wolno czynić wszystko, co buduje komunię, służy dobru i prawdziwie rozumianej miłości, lecz nie wolno niczego, co miłość niszczy. W szczególności nie wolno „zanieczyszczać” relacji małżeńskich, czyli występować przeciwko czystości małżeńskiej. Doświadczenie uczy, że wprowadzona w życie prawdziwa, głęboko rozumiana czystość małżeńska ma zasadniczy wpływ na powodzenie małżeństwa, jego trwałość i dozgonne szczęście (nie mówiąc już o szczęściu wiecznym). Gotów jestem zaryzykować twierdzenie, że czystość małżeńska jest najważniejszym warunkiem do osiągnięcia szczęścia, a jej zniszczenie zawsze prowadzi do ruiny małżeństwa. Rzeczywiście, praktyka w poradni małżeńskiej potwierdza, że rozpadowi małżeństw towarzyszy prawie zawsze nieczystość w sferze płciowości, w seksualnych relacjach małżeńskich.
Spróbujmy zatem zdefiniować czystość małżeńską. Można mówić o czystości w sensie szerokim, obejmującym całą rzeczywistość małżeńską, oraz w sensie węższym – koncentrując się na sferze płciowości.
Czysty – znaczy stuprocentowy bez domieszek i zanieczyszczeń, a więc taki, jaki powinien być ze swej natury (np. czyste powietrze lub czysta woda). Jednocześnie czysty, czyli funkcjonujący w sposób najbardziej zgodny ze swą naturą, przeznaczeniem przez Stwórcę, a tym samym w efekcie – najbardziej szczęśliwy.
Tak więc chcąc się poważnie zastanawiać nad czystością małżeńską, musimy powiedzieć sobie, co jest naturą małżeństwa, czyli czym małżeństwo tak naprawdę powinno być.
Po pierwsze: małżeństwo to powołanie, jedna z dróg (najpowszechniejsza) do świętości, zbawienia. Małżeństwo powinno być trwałą, dozgonną, wierną i wyłączną wspólnotą dwojga kochających się osób – mężczyzny i kobiety, czyli męża i żony, wspólnotą osób zbudowaną na zasadach miłości, czyli wzajemnej troski o dobro. Skoro największym dobrem człowieka jest świętość i zbawienie, to małżeństwo powinno być wspólną drogą do świętości.
Drugim celem małżeństwa (obok świętości) jest rodzicielstwo.
Małżeństwo powinno być otwarte na przekazywanie życia, a nawet powinno odczuwać powinność w tej dziedzinie. Winno być gotowe na przyjęcie i wychowanie każdego poczętego dziecka, nawet wówczas, gdy poczęło się niespodziewanie i gdy wymaga to ogromnego trudu i poświęcenia. W dziedzinie przekazywania życia małżeństwo powinno kierować się roztropnością i wielkodusznością. Roztropnością, aby każdemu poczętemu dziecku móc zapewnić godne człowieka warunki rozwoju, i wielkodusznością, by odważyć się na przyjęcie liczniejszego potomstwa, mimo niewątpliwego trudu wychowania większej gromadki dzieci. Słowem, małżeństwo w dziedzinie przekazywania życia powinno być odpowiedzialne. Odpowiedzialne rodzicielstwo to termin, którym posługuje się nauka Kościoła, a świat robi wszystko, by się Kościołowi przeciwstawić, by odpowiedzialne rodzicielstwo zniszczyć, zdeformować, zredefiniować, albo nawet ośmieszyć. Powstają zatem w świecie takie kuriozalne i makabryczne zarazem pomysły jak kontrola urodzeń (birth control), w której w imię rzekomej odpowiedzialności zachęca się do zabicia dziecka poczętego, jeżeli nie miałoby mieć odpowiednich warunków rozwoju lub pełni zdrowia po urodzeniu. Podobnie, znowu pod hasłami „odpowiedzialności”, postuluje się na skalę masową niszczenie własnego zdrowia w dziedzinie płodności (zgódźmy się, że płodność jest elementem zdrowia). Gigantyczna światowa machina przemysłu antykoncepcyjnego, której celem jest niszczenie zdrowia, usprawiedliwia się pokrętnie rozumianą odpowiedzialnością za przekazywanie życia. Jeśli dodamy, że środki antykoncepcyjne mają ukryte działania poronne, to zaiste swoista to „odpowiedzialność” za dobro poczętego dziecka... Pomysł, by likwidować chorobę przez zabijanie pacjenta, jest rzeczywiście makabryczny. A przecież badania prenatalne (przedurodzeniowe) nierzadko robi się wyłącznie w celu wykrycia choroby, co pozwala „legalnie” (zgodnie z prawem stanowionym, oczywiście nie naturalnym) wykonać wyrok śmierci na zupełnie bezbronnym i całkowicie niewinnym dziecku. Jeśli dodamy, że postuluje się takie działanie, wzywając do odpowiedzialności za zdrowie przyszłych pokoleń, to włos się jeży na głowie. Pewien profesor, dyrektor kliniki, deklarował: „W naszej klinice już niedługo rodzić się będą wyłącznie dzieci zdrowe”. Brzmi to pozornie pięknie, tyle że w jego ustach znaczyło: „Wytropimy wszystkie dzieci chore i zamordujemy je, zanim się zdążą urodzić!”. Myślę, że nie warto się w tym miejscu zajmować omawianiem szerokiej gamy wynaturzonych i tym samym nieczystych pomysłów szerzących się w świecie. Znacznie pożyteczniej będzie przyjrzeć się normie pozytywnej zawartej w nauce Kościoła.
Kościół naucza, że pierwszym i najważniejszym celem pobytu człowieka na ziemi jest zbawienie. Zatem najważniejszym celem małżeństwa jest wspólna droga do świętości. Tak więc wszystko, co sprowadza z tej drogi, zasługuje na miano nieczystości. Jest to bardzo szerokie widzenie czystości i nie będziemy się nim w tym momencie zajmowali.
Drugim celem małżeństwa jest rodzicielstwo – przekazywanie życia dzieciom i wychowywanie ich. Odpowiedzialne rodzicielstwo i bezpośrednio z nim związane działania na terenie płciowości wytyczają niejako pole czystości małżeńskiej, rozumianej w sensie węższym. Takie jest potoczne rozumienie czystości i takim się zajmiemy. Tak więc o czystości małżeńskiej decydują wszelkie działania składające się na przekazywanie życia w miłości, działania zgodne z naturą, czyli zgodne z planem Stwórcy. Są to jednocześnie działania zgodne z nauczaniem Kościoła, który plan Stwórcy najlepiej odczytuje i tłumaczy. Jakiekolwiek działania sprzeczne z naturą płciowości niszczą czystość małżeńską.
Przyjrzyjmy się zatem naturze rzeczy. By nie błądzić po obrzeżach tematu, dotknijmy od razu sedna sprawy. Myślę o współżyciu płciowym. Współżycie płciowe ma nierozerwalny podwójny sens: jedność dwojga i przekazywanie życia – rodzicielstwo. Działanie wbrew temu sensowi staje się bezsensowne i niszczące dla człowieka. Tak więc żadne, nawet najgorętsze, pragnienie jedności nie usprawiedliwia współżycia poza małżeństwem, bo tylko małżeństwo może zagwarantować potrzebne poczętemu dziecku warunki rozwoju. Mówiąc otwarcie: współżycie poza małżeństwem jest zawsze nieczyste, grzeszne, niszczące ludzi i ich więzi. Z drugiej strony nawet najszczersze pragnienie „posiadania” dziecka nie usprawiedliwia działań godzących w jedność małżeńską. Takim działaniem jest bezsprzecznie każde współżycie poza małżeństwem (zarówno to nastawione na zażywanie nieuprawnionej przyjemności, jak i to, by „zrobić sobie” dziecko, by mieć „coś” swojego). Zauważmy też, że sztuczne unasiennienie czy skorzystanie z techniki in vitro eliminuje element jedności małżeńskiej. Każde dziecko ma prawo do poczęcia się na skutek miłosnego aktu jego rodziców. Godność osoby ludzkiej – dziecka poczętego się tego domaga. Dziecka, w którego poczęciu brali udział rodzice jako współpracownicy samego Boga Stwórcy. Porażająca jest świadomość bezbronności Boga uczestniczącego w akcie stworzenia każdego dziecka nawet wówczas, gdy rodzice postępują niegodnie i grzesznie. Oczywiście jawnie nieczyste jest zarówno współżycie godzące w jedność (zdrada, gwałt), jak i „oprzyrządowane” środkami niszczącymi płodność (antykoncepcja, środki poronne, sterylizacja). Wreszcie nieczyste jest zamierzone złożenie nasienia poza miejscem z natury do tego przeznaczonym (otwarta na przyjęcie nasienia męża pochwa żony).
 
Słowem, współżycie płciowe (choć wpisana jest w nie przyjemność) nie może stać się terenem rozrywki wyrwanym z kontekstu rodzicielstwa ani też (choć naturalnym skutkiem może być poczęcie dziecka) nie może stać się terenem „produkcji” dziecka. Zatem nieczystość małżeńska może być dwojakiego rodzaju: jako wynik niszczonej jedności lub (i) niszczonej płodności.
 
Płciowość i płodność jest pięknym darem ofiarowanym człowiekowi do zagospodarowania. Oczywistym zamysłem Stwórcy jest, by dar ten wykorzystywać w celu budowy jedności małżeńskiej (komunii) i przekazywania życia w miłości. Każde inne wykorzystanie daru prowadzi do nieszczęścia nieczystości.
Wielkim bólem dzisiejszego świata i źródłem wielu tragedii jest rozprzestrzenianie się nowej koncepcji płciowości (antykoncepcji) przeciwnej koncepcji Stwórcy. Głosi ona, że płciowość jest do zabawy, a płodność jest przeszkodą, przypadłością, którą należy skutecznie usunąć, wyeliminować.
Zauważmy od razu, że jawnym celem wszelkiej antykoncepcji jest niszczenie płodności. Antykoncepcja również rozbija jedność. Potwierdzają to badania i statystyki. Małżeństwa korzystające z „dobrodziejstw” antykoncepcji rozwodzą się częściej niż te, które po nią nie sięgają. Nie może być mowy o czystości małżeństwa współżyjącego antykoncepcyjnie. Idąc dalej, należy zauważyć, że małżeństwa sprzeciwiające się czynnie Bożej koncepcji płciowości i płodności, łamiąc swą własną naturę, są – bo muszą być – nieszczęśliwe. Nieszczęśliwe – bo nie mogą zażywać pełni szczęścia, jaką Bóg przygotował człowiekowi już tu na ziemi. (Temat postawy antykoncepcyjnej i jej skutków dla małżeństwa, rodziny, świata – temat trudny i bolesny – podejmiemy osobno w najbliższym czasie).
Jedyną drogą do czystości małżeńskiej jest dostosowanie działań płciowych do natury, którą Stwórca wpisał w swe stworzenie. Natura płciowości i płodności jest dziś tak dobrze poznana, że każde odpowiedzialne małżeństwo może zapanować nad żywiołem płodności. Każdy żywioł (ogień, woda...) nie okiełznany staje się siłą niszczycielską, lecz ujęty rozumem ludzkim w odpowiednie ramy staje się wielką, przyjazną i pomocną człowiekowi siłą. Żywioł płciowości i płodności ludzkiej może być potężną siłą budującą jedność małżeńską i służącą przekazywaniu życia w miłości, odpowiedzialnemu rodzicielstwu. Trzeba tylko użycia dwóch elementów: rozumu – by nauczyć się rozpoznawać dni, w których współżycie może doprowadzić do poczęcia, a w których nie, i woli – by potrafić zrezygnować ze współżycia, gdy jego skutek mógłby być sprzeczny z aktualnymi zamierzeniami prokreacyjnymi małżeństwa.
Wiem, jak wiele osób w tym miejscu zaprotestuje, powołując się na szczególne przypadki. Wiem, jak wielu ludzi jest obolałych, bo zostało zbałamuconych i ogłupionych nachalną, niemal wszechobecną propagandą rzekomych dobrodziejstw antykoncepcji. Jestem jednak pewien (i nie jest to buta ani nieskromność, ale wynik przekonania o mądrości Stwórcy), że w żadnym indywidualnym przypadku życiowym nie będzie potrzeby odwołania wypisanych powyżej tłustym drukiem zdań. Chętnie podejmę polemikę, wierząc, że może ona wyjaśnić szereg subtelnych zagadnień szczegółowych.
Podejmując tematykę czystości małżeńskiej, myślałem o przeciwstawieniu się fali nieczystości zalewających świat. Rozszerza się idea czystości przedmałżeńskiej między innymi propagowana przez Ruch Czystych Serc. Jako mąż pytam – czy czystość ma być zarezerwowana dla młodych? Wydaje się zupełnie naturalnym, a nawet oczywistym, że Ruch Czystych Serc powinien mieć swoje przedłużenie w małżeństwie. Przecież czystość przedmałżeńska nie jest celem samym w sobie i, jak sama nazwa – przedmałżeńska – wskazuje, jest przygotowaniem do czystości małżeńskiej. Jako redakcja proponujemy zatem poszerzenie idei Ruchu Czystych Serc, tak by objąć nią również małżonków. Co Czytelnicy na to? Może wspólnie ustalimy nazwę, ramy, zasady, deklarację przystąpienia?
Czekamy na listy!
 
 
Zamów e-prenumeratę

Jeśli jesteś zainteresowany pobraniem całego Numeru w formacie PDF

poprzedni   |   następny wróć

Posłuchaj o nas w Twoim lokalnym radiu: