

Rodzina
Wierność jest jedną z podstawowych cech Boga, w którego wierzymy i przed którym zawieramy sakrament małżeństwa. Wierność jest normą, a nie jakimś wygórowanym wymaganiem. I choć małżonkom czasami jest ławo dochowywać wierności, a czasami niełatwo, niezależnie od tego powinni pozostawać sobie wierni.
Gorąco zachęcamy do lektury całości tego interesującego tekstu -- tylko w najnowszym numerze naszego dwumiesięcznika.
Parę miesięcy po ślubie znalazłam się w szpitalu w bardzo ciężkim stanie: ciąża pozamaciczna, operacja i wielki ból po stracie dziecka. Po tym przeżyciu rozpoczęła się walka o cud życia. I tak co miesiąc: ból, łzy, rozczarowanie i wielki smutek, że nie mogę stać się matką, że nie mogę dać ukochanemu mężowi dziecka.
Ojciec Verlinde mówił, że wtedy, kiedy czakramy się otwierają, człowiek otwiera się na wpływ duchaciemności – ducha wrogiego człowiekowi. Dlaczego wrogiego? Verlinde argumentował, że przez długotrwałe ćwiczenia jogi człowiek zatraca swą osobowość. A przecież człowiek ma rozwijać swą osobowość, a nie ją zatracać!
Jestem matką siedmiorga dzieci. Troje urodziłam, a dla czworga stałam się miejscem śmierci… Chociaż wydarzyło się to dawno, bo ponad trzydzieści lat temu, i przygotowując się do Pierwszej Komunii Świętej najstarszego syna, byłam u spowiedzi i otrzymałam rozgrzeszenie, poranienie pozostało.
Niejednokrotnie zło wciska się do naszego życia za naszą zgodą, ponieważ wierzymy, że rozwiąże ono jakiś nasz problem. W ten właśnie sposób – jako środek mający kogoś od czegoś wyzwolić oraz ułatwić życie – została rozpowszechniona antykoncepcja. Jednak po dziesięcioleciach takiego „wyzwolonego” życia coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że hasła te nie mają pokrycia w rzeczywistości – prawdziwą wolność przynosi tylko Jezus.
Odkąd sięga moja pamięć, zawsze chciałam być żoną i matką. Kiedy było mi dane zostać żoną, stwierdziliśmy z mężem, że nie będziemy się spieszyć z potomstwem, ponieważ jesteśmy bardzo młodzi (mieliśmy po 23 lata), a także dlatego, że chcieliśmy mieć uregulowaną sytuację ekonomiczną, która wydawała się nam wówczas ważna, żeby w pełni cieszyć się maleństwem. Jednak Pan Bóg miał wobec nas inne plany… Nagle wypełniła nas tak wielka miłość i pragnienie przyjęcia dziecka, że nie zastanawialiśmy się już nad tym, co będzie, lecz zaufaliśmy Bogu i w modlitwie prosiliśmy Go o ten wielki dar, byśmy mogli zostać rodzicami.
Mam 24 lata, od prawie 4 lat jestem mężatką i matką dwóch wspaniałych synków. Do 20 marca tego roku w moim życiu nie było miejsca dla Boga. Owszem, byłam chrześcijanką, ale tylko taką, która chodziła do kościoła po to, aby „mieć to z głowy”. Msza św. była dla mnie jak seans w kinie: poszłam, wysłuchałam słów księdza i to wszystko. Zawsze po każdej spowiedzi przyjmowałam świętokradzko Komunię św. Podczas sakramentu pojednania wciskałam Bogu bajeczki. Mówiłam to, co było dla mnie wygodne, no bo przecież jak wyznać przed księdzem – obcym człowiekiem – te prawdziwe grzechy?... Gdy wychodziłam z kościoła, cieszyłam się, że już po wszystkim.
„Jest rzeczą nieodzowną i naglącą, aby każdy człowiek dobrej woli zaangażował się w sprawę ratowania i popierania wartości i potrzeb rodziny”
Syndrom postaborcyjny, „pusta kołyska”, rak piersi będący wynikiem stosowania środków antykoncepcyjnych, poranienia w sferze psychicznej, życiowa pustka – to tylko te najwidoczniejsze pozycje na rachunku, który musiała zapłacić za swój feminizm…






