Dzisiaj jest: środa 23.05.2012 | Imieniny:

List do dziewcząt

autor: Jan Bilewicz
Drogie Siostrzyczki!
 
           
Cześć! Pozdrawia Was z Włoch Wasz starszy brat. Już niedługo wra­cam do Polski. Z tego teraz naj­bar­dziej się cieszę.
Prawie cały Rok Ju­bi­le­uszo­wy spędziłem tutaj, ucząc się, pra­cu­jąc i modląc się. Dane mi było trochę cza­su spę­dzić w stolicy Italii i Kościoła – Rzy­mie. Uczestniczyłem w ka­no­ni­za­cji sio­stry Faustyny, w Kongresie Eu­cha­ry­stycz­nym, Dniach Młodzieży, w ka­no­ni­za­cji męczenników chińskich. Naj­więk­sze wrażenie zrobiło na mnie spo­tka­nie na Tor Vergata. Zebrało się wokół Ojca Świętego 2,5 mln pięk­nych lu­dzi z wszystkich dosłownie stron świa­ta. (Myślę, co by to było, gdyby w ja­kimś mieście zebrało się 2,5 mln pun­ków…). Wiele wzruszających chwil, sło­wa Ojca Świętego, które za­bra­li­śmy ze sobą jako wskazanie na życie, za­czyn Wia­ry, Na­dziei i Mi­ło­ści. Oj­ciec Święty to wielki prze­wod­nik! Bło­go­sła­wie­ni je­ste­śmy, że mamy ko­goś ta­kie­go. Do­strze­gasz to? 100 lat niech żyje nam!

      Prawdziwa miłość

 
             Zwróć uwagę, że miłość (ta prawdziwa, a nie taka, jaką po­ka­zu­ją w telewizji czy o której piszą w róż­nych czasopismach) jest owo­cem du­cha. Jako pierwszą wy­mie­nia ją św. Pa­weł. Owoc ducha oraz pracy nad sobą. Mó­wi­my słusz­nie, że miłości trze­ba się uczyć (za­ko­cha­nie to jesz­cze nie miłość), tzn. pokonywać z pomocą ła­ski swój egoizm, pychę, próż­ność, aby mógł działać, mó­wić przez nas Bóg – który jest mi­ło­ścią...
            Wyobraź sobie taką sytuację: Idziesz w odwiedziny do kogoś cho­re­go w szpitalu. Dosyć długo roz­ma­wia­cie i w tym czasie przy­cho­dzi pie­lę­gniar­ka. Widzisz, że do­brze dba o pa­cjen­ta, zdaje się za­tro­ska­na o nie­go, jest usłuż­na. Można by po­wie­dzieć: miłuje pa­cjen­tów... Py­ta­nie tylko: dla­cze­go jest dobra dla nich? Jaka jest ta miłość? Ta kobieta może mieć bardzo różne mo­ty­wy, żeby być dobrą; szlachetne i mniej szlachetne. Na przykład chce so­lid­nie wywiązać się ze swo­ich obo­wiąz­ków, aby mieć po­czu­cie do­brze wykonanej pracy. Albo pragnie do­brze spełnić swoje obo­wiąz­ki, po­nie­waż wcześniej nie była taka so­lid­na, przez co obawia się utra­ty pracy. Albo spo­dzie­wa się otrzy­mać prezent od pacjenta, czy też otrzy­ma­ła już prezent i teraz od­wdzię­cza się za nie­go… Albo po­trze­bu­je uznania i po­chwa­ły prze­ło­żo­nych czy chorego, aby po­czuć się „do­war­to­ścio­wa­ną”... Za „mi­ło­ścią” do pacjenta mogą (choć nie mu­szą) kryć się różne mniej czy bar­dziej ego­istycz­ne mo­ty­wy. Nie cho­dzi o nie­go, nie cho­ry jest waż­ny – cho­dzi raczej o sie­bie.
            A oto fragment pewnego dzien­ni­ka duszy: „Odczuwam tak straszny ból, kiedy patrzę na cierpienia bliź­nich... Ich udręczenia noszę w sercu moim, tak że mnie to nawet fi­zycz­nie wyniszcza. Pragnęłabym, aby wszyst­kie bóle na mnie spadły, aby ulżyć bliźnim”... To się nazywa współ­czu­cie. Można służyć bliźnim, po­nie­waż samemu czuje się ich bó­le... Mat­ka Teresa z Kalkuty mówiła, że kiedy dotyka, karmi, myje chorego, dotyka, karmi i myje Chrystusa. Rzeczywiście, On utożsamia się z cierpiącymi: „Za­praw­dę powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci naj­mniej­szych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Opiekować się w chorobie pa­pie­żem to byłaby już wielka, wielka rzecz! Cóż dopiero Panem Jezusem! Matka Teresa każdym chorym biedakiem ze slumsów Kalkuty zajmowała się z taką troską, uwagą, poświęceniem i mi­ło­ścią, jakby zajmowała się samym Je­zu­sem.
            Pielęgniarka z pierwszego przy­kła­du kocha miłością czysto ludzką, naturalną. Autorka dziennika i Matka Teresa – Miłością Bożą, nad­przy­ro­dzo­ną. Gdyby zdarzyło Ci się kiedyś za­cho­ro­wać (obyś zawsze była zdrowa jak ryba!), jaką byś chciała mieć pie­lę­gniar­kę? Taką, która opiekuje się Tobą, bo spodziewa się coś od Ciebie otrzy­mać?...

 

            Miłość jest od Boga

 
            Prawdziwa miłość do czło­wie­ka, która polega na składaniu daru z siebie, nierozerwalnie związana jest z miłością Boga. Obojętnie, czy to bę­dzie miłość narzeczeńska, małżeńska, rodziców do dzieci, dzieci do ro­dzi­ców, lekarza do pacjentów. „Po tym poznajemy, że miłujemy dzieci Boże – pisze św. Jan – gdy miłujemy Boga i wypełniamy Jego przykazania, al­bo­wiem miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań” (1 J 5, 2-3). Bez wypełniania Bożych przy­ka­zań nie ma miłości Boga. Bez miłości Boga nie ma autentycznej miłości czło­wie­ka, jest tylko jakaś atrapa miłości.
            Pamiętasz, pisałem w ostatnim liście, że chciałbym mieć żonę, która bardziej kocha Boga niż mnie, czyli On jest ważniejszy dla niej niż ja, bo to by było gwarancją, że mnie kocha praw­dzi­wą miłością. Rozumiesz teraz dla­cze­go? „Po tym poznajemy, że mi­łu­je­my dzieci Boże, gdy miłujemy Boga...”. I napisałem też, że sam mu­siał­bym kochać Pana Boga bardziej niż żonę, żeby kochać ją prawdziwą mi­ło­ścią, a nie tak, jak uczą czasopisma dla mło­dzie­ży... Je­że­li kie­dyś, w przy­szło­ści, chło­pak czy na­rze­czo­ny za­cznie Ci skła­dać uparcie grzeszne propozycje, bę­dzie to oznaczać, że Cię nie kocha prawdziwą miłością. Prawdziwa mi­łość czeka. I gdybyś Ty godziła się na jakieś grzeszne propozycje ze strony swojego chłopaka, znaczyłoby to – on jest ważniejszy dla Ciebie niż Bóg – czyli że on jest ważniejszy niż miłość, bo Bóg jest miłością.
            Jeżeli małżonkowie żyją da­le­ko od Boga, czyli od źródła miłości, albo w ogóle w grzechu (czyli w ogóle za­mknę­li się, odgrodzili się od źródła ich miłości) – małżeństwo albo rozpada się po okresie płytkiej fascynacji sobą, albo przeradza sie w egoizm we dwo­je. Z zewnątrz wygląda to czasami cał­kiem nieźle. Wydaje się, że są dobrzy dla siebie, a w istocie świadczą sobie tylko pewne usługi z egoistycznych po­bu­dek i dla własnej wygody... Nie in­te­re­su­je mnie taka „miłość” i takie mał­żeń­stwo. Mam tylko jedno życie i nie chciałbym go zmarnować. Mnie in­te­re­su­je taka miłość, o której Pan Jezus mówi: „To jest moje przykazanie, aby­ście się wza­jem­nie miłowali, tak jak Ja was umi­ło­wa­łem. Nikt nie ma mi­ło­ści więk­szej od tej, gdy ktoś życie swoje od­da­je za przyjaciół swoich” (J 15, 12-13). Umieć tak kochać, żeby swoje życie być gotowym(-wą) oddać za współ­mał­żon­ka. Ta­kiej mi­ło­ści chcę się na­uczyć! Chciał­bym tak umieć ko­chać, że choćby żona ty­dzień po ślubie za­cho­ro­wa­ła i do końca ży­cia była przy­ku­ta do łóż­ka, to i tak był­bym za­wsze przy niej, słu­żąc jej, współ­cier­piąc, pie­lę­gnu­jąc, tak jak­bym pie­lę­gno­wał sa­me­go Chry­stu­sa. I niechby to trwa­ło choć­by 50 lat! Taka miłość mnie in­te­re­su­je!
            Zdaję sobie spra­wę, że nie moż­na się jej na­uczyć ani na dys­ko­te­kach, ani przed te­le­wi­zo­rem, ani ży­jąc „na lu­zie”. Do­kład­nie od­wrot­nie: pra­cu­jąc nad sobą, wy­ma­ga­jąc od sie­bie, żyjąc za­wsze w stanie łaski uświę­ca­ją­cej. A później w na­rze­czeń­stwie taka miłość wzra­sta, kiedy na­rze­cze­ni nie wpa­tru­ją się w siebie, ale raczej patrzą w tym sa­mym kie­run­ku – w kie­run­ku Boga. Bóg, któ­ry jest mi­ło­ścią, musi być na wła­ści­wym – tj. na pierw­szym – miej­scu w ży­ciu na­rze­czo­nych. Nie na­rze­czo­na jest naj­waż­niej­sza, bo ona jest taka „sexy” – i dla­te­go za­po­mnia­łem sobie o całym świe­cie, w tym o przy­ka­za­niach. I nie na­rze­czo­ny jest naj­waż­niej­szy, bo taki przy­stoj­ny i tak się do­brze z nim czu­ję...

 

            „Miłość” bez miłości

 
            Po­sze­dłem raz do pew­ne­go ko­ścio­ła na nauki przed­ślub­ne po­łą­czo­ne ze Mszą św. Było oko­ło 100 osób – na­rze­czo­nych, przy­go­to­wu­ją­cych się do małżeństwa. Do Komunii św. ile przy­stą­pi­ło? Jak my­ślisz – ile?  Może dzie­sięć. Naj­wy­żej...
Tak zwana mi­łość wg sza­blo­nów po­ka­zy­wa­nych w te­le­wi­zji. „Mi­łość” bez Boga – czy­li „mi­łość” bez Miłości! Na czym bu­du­ją swoje wspól­ne życie? Wygląda na to, że na grze­chu. Budują więc dom na piasku. Nie­ste­ty! Ślub w kościele, ale służ­ba ca­łym ser­cem bożkowi współ­cze­snej kul­tu­ry, który na­zy­wa się „seks”. Au­to­de­struk­cja!... A ile mło­dych mał­żeństw przy­cho­dzi na nie­dziel­ną Mszę św.? Przyj­rzyj się. Są dzie­ci, mło­dzież, po­tem przerwa – nie mylę się chyba – po­tem ludzie w śred­nim wie­ku i se­nio­rzy. Nie dzi­wię się wcale, że tyle mał­żeństw sie roz­pa­da, tyle jest nie­szczę­śli­wych. Nie może być ina­czej! „Mi­łość nie jest ko­cha­na” – wo­łał św. Fran­ci­szek z Asy­żu. I dalej nie jest ko­cha­na!
 

 

Najpiękniejsza ko­bie­ta

 
           
Kochane Siostrzyczki! Wiecie, jaka jest najpiękniejsza kobieta na świe­cie?... By­ła, jest i będzie najpiękniejsza na świecie?... Maryja, Matka Jezusa. Żaden obraz, żadna figurka nigdy nie odda jej piękna. Dziewicza, idealnie kobieca, esencja nie­win­no­ści, 100% wdzięku, doskonale miłująca... Jakie ciepło i światło roz­ta­cza­ła wokół sie­bie!
            Była tak idealnie, rajsko pięk­na, ponieważ urodziła się bez grzechu pierworodnego. Niepokalana. Bóg przy­go­to­wał ją w ten sposób do roli Matki Swojego Syna... Wyobrażam sobie św. Józefa. Mieć taką żonę! Móc przebywać codziennie, patrzeć, roz­ma­wiać z takim aniołem! Razem bu­do­wać dom rodzinny, wychowywać Syna. Przedsionek raju... Czy Józef miał trud­no­ści z uszanowaniem Jej ślubu dzie­wic­twa? Byli przecież małżeństwem. Jestem przekonany, że wcale nie miał z tym problemów. Bardzo kochał żonę, bo jakże mógłby kochać ją tylko tro­chę. Jeśli się kocha, to wsłuchuje się w pragnienia ukochanej. I wtedy na­wet wstrzemięźliwość nie jest trudna. Ale trzeba kochać, a nie tylko mówić, że się kocha.
            Maryja miała kiedyś tyle lat co Ty. Jaka była?... Jak się zachowywała? Co myślała? Czego pragnęła? Jak się ubie­ra­ła? Wzór dziew­czy­ny, kobiety, mat­ki, wzór mi­ło­ści do Boga i ludzi. Do­sko­na­ła nauczycielka pięknej mi­ło­ści, czystej, praw­dzi­wej, Bożej. Może być wielką in­spi­ra­cją dla Cie­bie. Wpa­truj się w ten wzór. Módl się tak­że do Maryi. Modlitwa to prze­by­wa­nie z Nią. „Kto z kim przestaje, ta­kim się staje” – mówi słusznie stare pol­skie przysłowie. Nauczysz się wie­le od Niej, wiele wspa­nia­łych rzeczy, prze­by­wa­jąc z Nią na modlitwie. Za­wierz Jej swoją życiową drogę, w ta­kiej na przykład modlitwie:
            „Maryjo, Matko Jezusa, Na­uczy­ciel­ko pięknej miłości! W Twoim Nie­po­ka­la­nym Sercu składam swoje serce pełne nie­do­sko­na­ło­ści. Oczysz­czaj je, prze­mie­niaj, upodabniaj je do swojego. To­bie zawierzam samą sie­bie oraz swoją przy­szłość. Oddaję Ci każ­dy swój krok, każdą chwilę swojego ży­cia. Prowadź mnie, ucz pięknej mi­ło­ści, chroń przed pokusami świata, przed każdym złem. Prowadź mnie tak, bym spotkała męża, którego Bóg mi przeznacza, i uproś nam łaskę szczę­śli­we­go życia ro­dzin­ne­go. Zdrowaś Ma­ry­jo...”.
            Powtarzaj tę modlitwę co­dzien­nie, albo przynajmniej w każdą sobotę i święta poświęcone Maryi. I to tyle chciałem Ci dzisiaj po­wie­dzieć. Ściskam Cię serdecznie po bratersku i życzę, żeby Ci Pan Bóg we wszystkim błogosławił.
                                                                       Twój star­szy brat, Jaśko Bilewicz
Zamów prenumeratę

Jeśli jesteś zainteresowany pobraniem całego Numeru w formacie PDF

poprzedni   |   następny wróć